Translate

niedziela, 2 czerwca 2013

DIY łódź podwodna

Nie wiem, co Wy robiliście w wieku 18 lat, natomiast pewien jestem, że Justin Beckerman nie traci czasu i tworzy genialne konstrukcje. Po kilku wcześniejszych projektach, które opisuje na swoim blogu (również takich związanych ze znajdowaniem się poniżej poziomu tafli wodnej), tym razem jego łupem padła łódź podwodna.
Chociaż Justin nie udostępnia zbyt wiele informacji na temat swoich projektów, z poniższych filmików sporo można wyczytać. Między innymi to, że łódź wykonana została z plastikowej rury, wykorzystywanej przy kładzeniu instalacji sanitarnych, przez co jej odporność na ciśnienie nie jest zbyt duża (raczej tylko kilka metrów wgłąb wody). Najwyraźniej wie o tym również sam autor, bo zadbał o 20-minutowy zapas tlenu na swoim wehikule, by w razie jakichkolwiek awarii mógł przetrwać ;).. Co jeszcze ? Mamy swojego rodzaju peryskop, wykonany z akrylowej półkuli, dzięki czemu zasiadający za sterami ma pełną widoczność otoczenia łodzi i szybko otwieralne wieko wyjściowe. Sam projekt zajął autorowi 6 miesięcy, a wykonany był, jak mówią dziennikarze, "w kuchni jego mamy". Nie jest to może cud techniki, ale autorowi i tak należą się niemałe brawa za umiejętności i poświęcony czas. Więcej w filmikach:


sobota, 1 czerwca 2013

Człowiek, który sprowadził orbitę na Ziemię

Komandor Chris Hadfield- znacie ? Tak nazywa się człowiek, który pokazał milionom ludzi prawa fizyki z perspektywy Ziemskiej orbity. Jeszcze go nie znacie ? To zapraszam do lektury.

Misja już się skończyła, więc poukładajmy to wszystko od początku. Chris Hadfield, który wychowywał się na farmie w Ontario, rozpoczął swoją przygodę z lotnictwem w 1978 roku, kiedy dołączył do Kanadyjskich Sił Lotniczych, gdzie szybko stał się jednym z głównych pilotów (1978 rok w bazie Portage la Prairie, 1984 w Moose Jaw). W późniejszym okresie, jako pilot testowy obleciał ponad 70 różnych maszyn. W 1992 roku został wybrany spośród grupy 5000 aplikantów do NASA, gdzie był kierownikiem zespołu do spraw szklanych pokryć wehikułów, wykonując 25 projektów. W 1995 roku po raz pierwszy opuścił Ziemską orbitę, spędzając czas w stacji Mir, a już w 2001 na nią powrócił, by badać kosmiczne zrobotyzowane ramię manipulatora. Podczas tych misji spędził ok. 15 godzin poza stacjami kosmicznymi, odbywając kosmiczne spacery. Brzmi nieźle, ale z pewnością nie to jest powodem, dla którego mielibyśmy go wszyscy znać, prawda? Zdecydowanie nie. Jest to jednak znakomity powód, aby...

Hadfield: Nie mam pojęcia, jak te Brazylijskie wzgórza wyglądają na Ziemi, ale z kosmosu, jest to mózg.

...15 marca mianować pana Chrisa Hadfielda Komandorem ISS Ekspedycji 35, podczas której miał on przeprowadzić ok. 200 naukowych eksperymentów dotyczących zachowania cieczy an elipsoidzie, oraz zmiany ich fizycznych właściwości w zależności od zmian pola magnetycznego, w celu zbadania inteligentnych materiałów pod kątem zapobiegania trzęsieniom Ziemi, a także badań nad skanami ultradźwiękowymi. Dla nas najważniejszy jednak jest eksperyment związany z mass media, podczas którego komandor przez 144 dni wrzucał posty na Twittera, Facebooka oraz Youtube'a, inspirując tym samym miliony ludzi na całym Świecie.

Wyciskanie mokrego ręcznika na orbicie.

Subskrybentów na kanale komandora przybywało z każdą minutą, a sam Hadfield każdego dnia wrzucał nowe posty, zdjęcia z kosmosu oraz filmiki, w których opowiadał o życiu na orbicie i zachodzących tam zjawiskach fizycznych (jak spać w kosmosie ?, jak się ogolić ?, jak zrobić kanapkę z masłem orzechowym? lub co zrobić, gdy czujemy się chorzy?). Tym samym, Chris Hadfield zadziwił miliony widzów Youtube'a pokazując kosmiczną codzienność i trudności z nią związane, a także tak proste sprawy, jak wyciskanie ręcznika i problemy powodowane własnościami cząstki wody. Dzięki zupełnie ludzkiemu, chwilami wręcz   dowcipnemu podejściu do tematu (np. podczas śpiewania piosenki "Space oddity", film poniżej) komandor stał się mentorem wielu ludzi, którzy śledzili jego filmy. Dziś, po powrocie ma sporo czasu na przystosowanie się do swojej nowej roli, którą z pewnością będzie kontynuował podczas kolejnego wypadu na orbitę.

"Space oddity" w wykonaniu Komandora Hadfielda.

Warto wspomnieć, że poza tym, co komandor dał odbiorcom YouTube'a, zajmował się on również badaniami cytrometrów, które laserowo zabijają pojedyncze komórki, oraz projektem SPHERES-Zero-Robotics, który ma na celu pozwolić młodym pasjonatom kosmosu tworzyć algorytmy do niewielkich satelit znajdujących się na pokładzie ISS. Czekamy na kolejny wypad w kosmos..

sobota, 25 maja 2013

Dronochód ?

W ostatnim czasie internet (tak samo, jak i ten blog w postach o dronach ratujących życie, czy tych zrzucających piwo na koncertach) zalewany jest masą informacji na temat robotów latających. Dobrą i użyteczną zabawką są poruszające się w powietrzu maszyny. Ale czy nie pamiętacie, ile frajdy dawały pierwsze zdalnie sterowane samochodziki, którymi bawiliśmy się w dzieciństwie...
Z pewnością zapach sensacji w powietrzu, adrenalinę we krwi, żyłkę rywalizacji i masę radości z takiej zabawy pamięta również brytyjski designer Witold Mielniczek (z pewnością, jest 100% Brytyjczykiem !), który doszedł do wniosku, że za mało dziś powstaje ciekawych offroadowych konstrukcji, którymi moglibyśmy posterować, w miejsce których tworzonych jest masę dronów. W związku z tym zaprojektował on B, czyli połączenie quadrocoptera i zdalnie sterowanej terenówki.

Całość zamknięta w karbonowej obudowie, i posiada cztery pierścienie, będące kołami. Nie mają one jednak centralego napędu, zamiast którego napędzane są mechanizmem umieszczonym na obwodzie pierścieni, zostawiając wolną przestrzeń w ich centrum na 7-calowe śmigła. Wszystkie części są dosyć elastyczne i łatwo dostępne, dzięki czemu w chwili twardego lądowania i jakichkolwiek uszkodzeń łatwo o nowe elementy.


11-voltowa bateria litowo-jonowa zapewnia 15-minutową pracę (na razie trochę mało, jak na bardziej wyszukane i skomplikowane zadania, ale do zabawy wystarczy), a na pokładzie znajduje się również czytnik kart SD oraz kamera o rozdzielczości 720p.


Autor stworzył już działąjący prototyp, ale zapowiada, ze to nie koniec atrakcji ! Na razie trwają prace nad zapewnieniem pełnej odporności na wodę, dzieki czemu do pojazdu i samolotu dołączy jeszcze swoista łódź. Docelowo robot miałby też posiąść możliwość przysysania się do ścian i sterowania zdalnego przez aplikację z telefonu komórkowego. Gdzieś w dalszej przyszłości przewijają się również plany stworzenia większej gabarytowo maszyny, któą dosiąść mógłby człowiek.
Masa pomysłów w głowie Brytyjczyka (?) to oczywiście sposód na promocję pomysłu i określenie potrzebnej w crowdfundingu kwoty na Kickstarterze. Gotowy egzemplarz Dronochoda dostać możemy po dotacji projektu już kwotą £400. Oto B w akcji:


piątek, 17 maja 2013

Co ma wspólnego Lego i ratowanie niepełnosprawnych ?

Jak się okazuje całkiem sporo. O zestawie Lego Mindstorms NXT na tym blogu jeszcze nie pisałem. Nie, żeby nie brakowało ciekawych konstrukcji wykonanych za jego pomocą, to jednak polscy konstruktorzy robotów jakoś nie błyszczeli. Jak się okazuje-do czasu.


Oto kilka dni temu, użytkownik youtube o nicku piotrek839 zaprezentował coś, nad czym na Świecie pracuje się już od dłuższego czasu-tanią (najtańszą!) protezę ludzkiej ręki. Jak sam mówi, jego głównym założeniem było stworzenie protezy bez użycia pneumatyki, posiadającej odpowiednią funkcjonalność oraz proporcje. Gotowe ramię posiada 8 funkcji ręki sterowanych za pomocą pilota oraz jedną (zginanie łokcia) sterowaną ręcznie. Spójrzcie sami na dzieło konstruktora:


Całość rzeczywiście robi wrażenie. Mnie osobiście zaimponowały wykorzystane mechanizmy:

1. Przekładnia mechaniczna, jako odpowiednik siłownika (poważna sprawa !)


2. Elastyczne przełożenia z przekładnią kątową sterujące zginaniem palców, dzięki czemu za zgięcie odpowiada obrót ścięgna, zamiast jego skurczu-sprytne !


Ważnym faktem jest to, ze na ramieniu Piotrek nie poprzestał, stworzył on również całego plastikowego humanoida, nazwanego Terminator. Możecie go zobaczyć i przeczytać specyfikację w tym filmie:


Autorowi gratuluję dużej wiedzy i ogromnej pracowitości ! Czekamy na kolejne projekty !

środa, 15 maja 2013

Drony i termowizja w służbie ratowania życia.

Ostatnio całkiem sporo słyszy się o dronach. rzeczywiście jest to dosyć gorący temat, pojawiający się zarówno przy okazji festiwalu robotów, jakim jest Robocomp, jak i przy okazji koncertów, jako przyjaciele imprezowiczów, zrzucający im piwo. Z pewnością robot, który może być zdalnie sterowany, przekazywać obraz, czy dane z wszelkiego rodzaju innych czujników posiada ogromne możliwości, co leży u podstaw tak wielu jego zastosowań. I na szczęście udaje się znaleźć również takie 100% pozytywne (nie, żeby zrzucanie piwa takim nie było !), jak np. ratowanie ludzi.
Znanym faktem jest, że Kanada obficie zaludnionym państwem nie jest. Niezamieszkałe połacie pola stają się sporym problemem podczas wykonywania najprostszych nawet akcji ratowniczych. Podobnie było 9. maja, kiedy to wydarzył się wypadek samochodowy na terenach niezamieszkałych, w dodatku w miejscach występowania temperatur bliskich zeru (okolice Saskatoon)
0 12:20 służby ratownicze otrzymały informację o zaistniałym wypadku. Pomimo zaangażowania licznych zespołów, wliczając straż pożarną, nie znaleziono nikogo w promieniu 200 m. od uszkodzonego pojazdu. Kiedy to nie pomogło, na pomoc wezwano helikopter pogotowia ratowniczego, wyposażony w sprzęt działający w podczerwieni, do wizji nocnej, jednak i to nie dało żadnych rezultatów Ostatecznie zdecydowano się zatrudnić tego malca:


o nazwie Dragonflyer X4-ES, wyprodukowanego przez firmę Dragonfly Innovations (z resztą mieszczącą się we wspomnianym Saskatoon-oto, jak robi się biznes lokalny ! ;)), wyposażonego w kamerę podczerwoną firmy FLIR.
O 2:10 poszkodowany wykonał telefon na numer 911, zgłaszając, iż nie wie, gdzie się znajduje i jest bardzo wyziębiony. W tym momencie, z pomocą sieci telefonicznych i systemu GPS ustalono, że znajduje się on ok. 3,2 km od miejsca wypadku. Służby przeniosły się w ten obszar, dron został uruchomiony i z wykorzystaniem kamery odnalazł trzy gorące punkty na ekranie, z czego jednym z nich była ofiara wypadku-200m od miejsca telefonowania, bez obuwia i żadnych ubrań chroniących przed wychłodzeniem, mężczyzna sturlał się wgłąb lasu z ośnieżonej góry.
W tym momencie służby szybko dotarły do poszkodowanego, transportując go do szpitala. Gdyby nie dron, prawdopodobnie mężczyznę udałoby się odnaleźć dopiero za światła dziennego, do którego to momentu, z powodu strasznego zimna, mógłby nie doczekać. Szacuje się, że jest to pierwszy przypadek, w którym dron był wykorzystany w tego typu akcji ratowniczej. Spisał się jednak znakomicie, co najprawdopodobniej zapewni mu stałe miejsce w tego typu trudnych zadaniach (głównie misje w nocy, gęstym lesie oraz na rozległych terenach). Film z akcji można obejrzeć tu:

niedziela, 12 maja 2013

Robocomp 2013

Z pewnością wszyscy tam byliście i sami to widzieliście (no, może nie dziś, ale za rok bądźcie, ok ?!), więc wiecie, jak fajnym wydarzeniem są odbywające się rokrocznie na AGH zawody robotów Robocomp. W tym roku (11.02.2013, a więc w samym środku Juwenaliów) mieliśmy już czwartą edycję tego wydarzenia (no proszę Was, przecież nie opuścicie jubileuszu w 5. urodziny, prawda?). Zainteresowanie imprezą z roku na rok rośnie, na co wskazuje rekordowa ilość zgłoszonych konstrukcji-128.


Festiwal bardzo przypominał poprzednie. Od godziny 10-14 odbywały się eliminacje do konkurencji finałowych oraz rozegrano te, które (niestety) miały najmniejszą ilość uczestników, co niestety się zdarza (najczęściej w przypadku kategorii micro sumo i nano sumo-nie tak łatwo zbudować roboty w rozmiarach odpowiednio 5x5 cm i 2,5x2,5 cm, które w dodatku będą rywalizować w sumo). Ponadto w tych godzinach firmy sponsorujące miały możliwość pokazania swoich konstrukcji, co przyciągnęło wielu ciekawskich. 
O godzinie 15 rozpoczęły się finały, odpowiednio: line follower (śledzenie linii), mini sumo, sumo oraz line follower enhanced (bieg z przeszkodami ;)). Niestety w konkurencjach finałowych nie oglądaliśmy: micromause (czyli robot mysz w labiryncie-jeden uczestnik), lego sumo, line follower light (bez turbin) oraz wyścigu robotów kroczących, które były tylko konkurencjami pokazowymi. Nowością była możliwość obserwowania wyników na żywo na stronie: http://live.robocomp.info/. Być może za rok doczekamy się i transmisji tv? ;)
Line follower to konkurencja, w której zadaniem robotów jest jak najszybsze przejechanie trasy wyznaczonej przez naklejoną na białym tle czarną linię. Czasy są przeważnie bardzo krótkie, a roboty zadziwiająco szybkie, co jest wynikiem tego, że na dzień dzisiejszy każdy z uczestników montuje w swoim robocie turbinę wytwarzająca podciśnienie, dzięki czemu ten znacznie lepiej trzyma się trasy. W finale obserwowaliśmy cztery roboty, które eliminacje zakończył z czasem poniżej 5 s. Najszybszy z nich (finałowa trasa to dwa przejazdy okrążenia dłuższego niż eliminacyjne) okazał się Thunderstorm z AGH, z czasem 11.027 s.
Następnie mieliśmy okazję oglądać walki robotów z kategorii mini sumo. Robot takinie ma ograniczenia wielkości w pionie, natomiast musi zmieścić się w otworze wielkości 10x10 cm przed startem. Po rozpoczęciu walki te zasady już nie obowiązują, co było bardzo często wykorzystywane przez uczestników (różnego rodzaju opadające skrzydła, ukośne blaszki itp.) Tutaj było najwięcej finalistów, więc obserwowaliśmy walki aż od ćwierćfinałów. Ostatecznie bezkonkurencyjny okazał się robot o nazwie Enova, stworzony przez zespół sponsorowany przez firmę Enova (ciekaweee...). Co zadziwiające nie wykorzystywał on żadnych dodatkowych elementów mechanicznych.

Walka w kategorii mini sumo-widoczne dodatkowe elementy ustawione w pionie

Sumo, to już roboty większe, o wymiarach 20x20xnieskończoność cm o masie max. 3 kg. Tutaj było trochę nudniej. Spośród czworga finalistów ŻalDS i n00b zawierały sterowanie oparte na zestawach klocków lego NXT, przez co były bardzo powolne, czego wynikiem w ich bezpośrednim pojedynku był wręcz remis w wyniku upływu 3 minutowego czasu pojedynku (a przecież to fajne duże roboty, do boju !). Ciekawej było już w finale, który na swoją korzyść rozstrzygnął CEDRON.

Osławiona najnudniejsza walka. Było dużo czasu na robienie zdjęć ;)

Na koniec organizatorzy zostawili tę najciekawszą konkurencję-line follower enhanced (przykładowy film z zawodów możecie obejrzeć na vimeo). Na trasie robotów (poza samym przejechaniem linii oczywiście) pojawiły się jeszcze: cegła, dwa przerwania trasy oraz tunel, który miał utrudnić odróżnienie linii od tła. O ile z tunelem wszystkie roboty poradziły sobie znakomicie (każdy posiada oświetlenie trasy, więc ciebie nie są przeszkodą), to zarówno cegła, jak i przerwanie trasy okazały się kłopotliwe i nie wszystkie konstrukcje były w stanie sobie z nimi poradzić. Ostatecznie najszybszy w tej konkurencji okazał się Thunderbolt, czyli kolejna konstrukcja rodem z AGH (pierwowzór najszybszego w Line Follower Thunderstorm'a).

Line Follower Enhanced. Na trasie najwolniejszy z robotów, które ukończyły bieg: Shock

Nie można zapomnieć również o rozegranej Motorola Solutions Freestyle, w której w tym roku niestety wystąpiły tylko trzy konstrukcje: robot czworonożny, latający sześciośmigłowiec z kamerą i zbudowany ze szkła standardowy manipulator sterowany kontrolerem z PlayStation. 
Podsumowując: zawody robotyki są coraz szerzej obserwowanym zjawiskiem w Polsce i na Świecie, co widać po imprezach typu Robocomp (w tym roku startował nawet team z Litwy). Z pewnością wpływa to na popularyzację robotyki w szerszym środowisku, chociaż organizacja wciąż nie stoi na najwyższym poziomie. Wydaje się, że brak jest również bardziej wyszukanych konkurencji, jak angielskie robot wars, w których konstrukcje wyposażone są w różnego rodzaju piły, miotacze ognia, topory itp. (tu zapraszam do dyskusji, bo być może uważacie inaczej?), czy większej konkurencji, np. w ciekawej konkurencji MicroMouse. Na pierwszy rzut oka widać jednak, ze roboty umieją coraz więcej i rośnie ich poziom autonomii, a konstruktorzy są coraz młodsi (kilka zespołów z liceów). Zobaczymy, co stanie się za rok, na jubileuszowej już V. edycji festiwalu.  

piątek, 10 maja 2013

Z dziennika PhoneSat'a-mamy zdjęcia !

Większość osób, telefonami robi zdjęcia jedzenia, które przygotowali, makijażu, ciuchów, przygotowania się na siłownię, czy bieg lub ewentualnie, w porywach szaleństwa-zdjęcia z wakacji i innych wycieczek. Następnie, w procesie bycia fotografem, nieunikniony jest proces wrzucenia ich na Instagrama, albo Facebooka. Trochę inne zdjęcia robią dzisiejsi bohaterowie-Alexander, Graham i Bell. Otóż sfotografowali oni Ziemię.
Pamiętacie artykuł o najtańszych działających satelitach stworzonych na bazie telefonu komórkowego, który pojawił się na blogu paręnaście dni temu ?


Otóż satelity mają się całkiem dobrze i spełniają swoją misję na orbicie. Co więcej, działa nawet system kamery, czego dowodem są pierwsze zdjęcia. W celu zaznajomienia się ze szczegółami misji odsyłam do poprzedniego artykułu, w którym opisałem wydarzenie. Kluczem do sukcesu misji (która jest wyjątkowo krótka) jest współpraca NASA z amatorami, którzy są w stanie odbierać dane z satelity przez odbiorniki radiowe. W przeciągu trzech pierwszych dni obecności satelit na orbicie, NASA otrzymała ok. 200 paczek danych z całego Świata, dzięki czemu udało się odtworzyć rzeczywiste obrazy wykonane przez telefony.


Misja zakończyła się 27 kwietnia, kiedy cała trójka orbitalnych przyjaciół spłonęła na orbicie. Celem misji było jednak pokazanie, jak bardzo miniaturyzacja i specjalizacja telefonów może być przydatna i wykorzystana w innych sektorach, dzięki ich czujnikom i miniaturowym komputerom opartym na coraz bardziej wyspecjalizowanych systemach operacyjnych. Jednym zdaniem-dzisiejsze telefony są kosmiczne ;)

środa, 8 maja 2013

Rok bez internetu.

Dziś cały mój dzień (poza wieczorem rzecz jasna) minął pod znakiem braku internetu. Zastanawiając się więc nad tematem na wieczorny post, przypomniałem sobie o niedawnym wydarzeniu, które mocno poruszyło internet. Oto 1 maja 2013 po roku przerwy bloger "The Verge" powrócił. Nie tylko na bloga-powrócił do internetu.
"I was wrong.", to zdanie otwierające obszerny post, w którym bloger opisuje swoją przygodę. Jak wielu z nas, ludzi, codziennie spędzających po kilkanaście godzin w sieci, siedząc przed monitorem, tak i Paul Miller miał już dosyć. Dosyć internetu, dosyć siedzenia przed komputerem, odpisywania setek maili, wertowania kolejnych stron, tracenia czasu na rzeczy zupełnie niepotrzebne, czuł się wypalony i chciał uciec od tego jak najdalej. Jego stan nie wyglądał najlepiej, o czym sam napisał:
Planowałem rzucić pracę, wprowadzić się do domu moich rodziców, czytać książki, pisać książki i cieszyć się wolnym czasem. (…) Z jakiegoś powodu The Verge chciało mi zapłacić za opuszczenie Internetu. Mogłem zostać w Nowym Jorku i dzielić się moimi odkryciami ze światem.
Początkowo plan rzeczywiście się spełniał. Jego życie było idealne, zaczął uprawiać sport, jeździć na rowerze, grać we frisbee, spotykać się ze znajomymi, czytać. W tym czasie napisał również pół powieści. Jednocześnie jego praca dla magazynu The Verge stała się dużo bardziej produktywna, a jego artykuły o wiele ciekawsze.
Bez większego trudu nowy tryb życia pozwolił Paulowi na zrzucenie wagi, zmianę garderoby, dzięki czemu znajomi komplementowali jego przemianę. Znajomych też miał i fizycznie się z nimi spotykał, zamiast tylko czatować na portalach społecznościowych. Okazało się również, że DA SIĘ żyć bez serwisów takich, jak Wikipedia, czy Google.

Jak na blogera przystało Paul musiał dostawać listy i na nie odpisywać. Z racji na to, że przestał korzystać z internetu, listy przychodziły pocztą tradycyjną. Odpisywanie na każdy z nich stało się praca o wiele cięższą i bardziej monotonną, niż czynienie tego samego drogą elektroniczną. Odpowiedzenie na 12 z nich w ciągu tygodnia było nie lada wyzwaniem, a brak odpowiedzi nastręczał wyrzutów sumienia z powodu zignorowania drugiej osoby. Z czasem okazało się też, że brak internetu nie ułatwił umawiania się ze znajomymi, a wyjęcie i zmotywowanie się do przeczytania ciekawej lektury również nastręczają problemów. Paul pisze:
Przed końcem 2012 roku nauczyłem się, jak prowadzić styl życia złożony ze złych wyborów poza Internetem. Porzuciłem pozytywne nawyki. (…) Po roku nie jeżdżę już tyle na rowerze. Moje frisbee się kurzy. Przez większość tygodni nie wychodzę spotkać się z ludźmi ani razu. Moim ulubionym miejscem jest kanapa. Kładę nogi na stoliku i gram w gry oraz słucham audiobooka. Wybieram gry niewymagające myślenia, jak Borderlands 2 czy Skate 3.
Jednak prokrastynacja nie jest tak łatwa do oszukania..
Największym jednak problemem było to, że tylko jeden Paul był poza internetem. A cała reszta społeczności w nim pozostała. Zadzwonienie do drugiej osoby okazywało się o wiele trudniejsze niż wysłanie maila, z drugiej jednak strony, kiedy Paul nie odbierał telefonu, lub nie odpisywał wiadomości tekstowej, ludzie odczuwali, jakby coś mu się stało, nie mając pojęcia co się z nim dzieje. Przecież gdyby był na facebooku, byłoby to tak łatwo sprawdzić...
Na samym początku posta autor napisał:
Myliłem się. Rok temu opuściłem Internet. Myślałem, że czyni mnie bezproduktywnym. Myślałem, że nie ma znaczenia. Myślałem, że “niszczy moją duszę”. (…) A teraz powinienem być w stanie wam powiedzieć, jak to rozwiązało wszystkie moje problemy. Powinienem być oświecony. Powinienem być bardziej “prawdziwy”. Bardziej idealny.
Eksperyment blogera The Verge daje wiele do myślenia. Pokazuje on również, na czym oparty został sukces serwisów społecznościowych-na potrzebach utrzymywania więzi międzyludzkich. Osobiście wydaje mi się, że największym problemem i przyczyną innych niepowodzeń było oderwanie się "od stada". Pewnego rodzaju wyobcowanie i odcięcie od reszty środowiska. Bo przecież gdy sami wyobrazimy sobie spotkanie z naszymi znajomymi (jeśli już udało nam się spotkać, bo cudem o nas nie zapomnieli), którzy opowiadają o najnowszych grach, o wydarzeniach z kwejka, czy pudelka, a my siedzimy z boku nie mając pojęcia o co chodzi, od razu nasuwa się uczucie odrzucenia i pewnego rodzaju smutku. 
Wciąż istnieje wielu starszych ludzi, którzy żyją bez internetu. Mają swoje pasje, potrafią spotykać się we własnych kręgach i nie martwić o siebie nawzajem co minutę, mając pełną świadomość tego, że "w sobotę o 13 Zbyszek z pewnością pojawi się na szachach." Dopiero jego nieobecność na szachach wzbudzi pewien, i tak niewielki, ale jednak, niepokój.
Tak więc, jeśli brak internetu jest problemem, to nie w wyniku braku wiedzy, czy możliwości. Tylko przez zwykłe przygnębiające poczucie wyobcowania. Sądzę, że gdyby chociaż 10% internautów wykonało taki eksperyment w jednym czasie, spotykając się ze sobą i pracując razem w grupach, wynik byłby zupełnie inny...



wtorek, 7 maja 2013

Skoro juwenalia, to może drony zrzucające piwo ?!

Brzmi to bynajmniej fantastycznie, ale na razie nie myślmy o rzeczywistości. Po prostu zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, jak bawicie się na koncercie swojego ulubionego zespołu, oddając się muzyce, tańcom i znajomym, podczas Krakowskich Juwenaliów, a w tym czasie nad Waszymi głowami latają drony, które zrzucają bawiącym się piwo.. Historia niczym z filmu zaczynającego się od słów "Rok 2120", prawda?
Są jednak festiwale, które zmieniają fantazję w rzeczywistość i takim właśnie jest odbywający się w RPA Oppikoppi (tym razem nie są to Krakowskie Juwenalia, a przynajmniej nie w tym aspekcie, bo pewnie słyszeliście już o "ubraniach" posągów stojących pod AGH), z myślą o którym firma Darkwing Aerials tę fantazję zamienia w rzeczywistość. 


To cacko tworzone jest na podstawie standardowych dronów, poddanych niewielkim modyfikacjom. Latający "kelner" będzie posiadał możliwość chłodzenia piwa, a po jego zamówieniu poprzez aplikację stworzoną na iOS, za pomocą systemu GPS będzie podlatywał do klienta i upuszczał towar. Oczywiście 0,5 kg upuszczone z nawet niewielkiej wysokości mogłoby uczynić spore krzywdy, więc piwko będzie łagodnie opadało na otwartym spadochronie...
Całość będzie można zobaczyć w dniach 8-10 sierpnia w Dystrykcie 9 (taaak, dokładnie tam, gdzie obcych !) w RPA. Wydaje się, ze jest to o wiele fajniejsza nawet niż świecące piwa ! Zapraszam do obejrzenia projektu na filmie:


piątek, 3 maja 2013

iBeetle

Nie tak dawno pisałem o nowej idei, jaką jest internet of things. W ten trend całkiem nieźle wpisuje się najnowsze dzieło Volkswagena w połączeniu z Apple (samo zestawienie tych dwóch potężnych marek brzmi już dosyć interesująco..)



Połączenie dwóch tak kultowych, można by wręcz rzec, że epokowych, urządzeń, jakimi są Volkswagen Beetle i iPhone musi zaowocować sporym sukcesem dla obu marek. Oba urządzenia złączone w jedno nazwane zostały (ku ogromnemu zaskoczeniu !!!) iBeetle. Interakcja pomiędzy telefonem i pojazdem odbywa się poprzez aplikację Beetle dla iPhone'a.
Daje ona sporo funkcji, łącząc możliwości auta oraz telefonu, wliczając nawigację, radio internetowe, oraz listy muzyczne odtwarzane przez głośniki samochodu, a także opcje: "Export"- pozwalającą na monitorowanie stanu samochodu oraz jego liczników i zapisywanie tych danych w telefonie; "Trainer"-pozwalającą na zapis danych na temat zużycia paliwa, ekonomii jazdy, informacji na temat korków i porównywanie ich z innymi użytkownikami; "Milestones"- nagradzającą kierowcę za wykonywanie różnych zadań (ciekawe, czy daje cukierka ?).



Nie można jednak zapomnieć, że telefon Apple'a to przede wszystkim urządzenie do utrzymywania międzyludzkich relacji (oraz obsługi tzw. social media). W związku z tym istnieją dodatkowe opcje, takie, jak: "Reader", który obsługuje wiadomości, "czytając" kierowcy odebrane dane; "Postcard", która daje możliwość wysłania pocztówki z aktualnym położeniem iBeetle; "Photo", które za pomocą kamery telefonu wykonuje zdjęcie wnętrza pojazdu i udostępnia je na portalach społecznościowych.
iBeetle ma być dostępny w sprzedaży początkiem 2014 roku.

czwartek, 2 maja 2013

Kinect razy kilka

Pewnie każdy użytkownik konsoli Xbox zna już urządzenie o nazwie Kinect. "Zna", bo raczej jesteście (kto tylko posiada to cudo) jego pasjonatami ! I nie ma się co dziwić, bo jest to sprzęt, który daje sporo frajdy.

Kto nie wie ? Ok. No więc dla niewtajemniczonych, Kinect, jest to dodatkowa nakładka do konsoli Xbox, która pozwala na obsługę gestów i przemieszczenia ciała użytkownika. Fajnie ? Jasne, że tak ! Całość zawiera w sobie rzutnik lasera podczerwonego oraz kamerę i detektor podczerwieni. Rzutnik narzuca na pomieszczenie siatkę punktów, których położenie jest później analizowane i na podstawie zmian położenie punktów, powstaje obraz przestrzenny, z którego obliczone zostaje ruchy ludzkie.

Dobra, mamy to, czas więc przejść do meritum ! Otóż Kinect posiada tak bardzo rozbudowane właściwości, że już dawno opuścił kanon użytkowników, jakimi są gracze. Powstały różnego rodzaju skanery 3D, systemu oparte i wirtualną rzeczywistość itp. Tym z kolei razem naukowcy postanowili wbić się w trend inteligentnych domów, które stają się coraz to bardziej popularne. Uznali, że pokój może być już inteligentny sam w sobie, o ile zamocuje się na jego suficie skaner wraz z rzutnikiem, który w odpowiedzi na zachowania ludzie w przestrzeni mieszkania będzie wyświetlał odpowiednio zaprogramowane symbole i obrazy na powierzchni ścian, podłogi oraz innych znajdujących się w mieszkaniu sprzętów. I oto jesteśmy w stanie obsłużyć drzwi, napisać równanie matematyczne na ścianie, otrzymać regulację głośności muzyki na kanapie, na której właśnie siedzimy i delektujemy się dźwiękami, uzyskać nasz kalendarz na przestrzeni stolika itd. 


Czujniki głębokości stają się coraz mniejsze, tak, jak i projektory, wyświetlające siatki do owego pomiaru. To z kolei niesie za sobą bardzo szerokie możliwości zastosowania takich systemów w przyszłości. Co ciekawe, system jest gotowy do działania od razu po włączeniu, bez potrzeby wykonywania uprzedniej kalibracji, a interfejsy użytkownika są bardzo elastyczne i łatwo je do siebie dostosować. Docelowo system ma również dawać możliwość edycji gestów, którymi system jest obsługiwany.
WorldKit, bo tak nazywa się ów system, to ponoć dopiero zalążek daleko idących planów naukowców. Warto więc zacierać ręce i cierpliwie czekać...

wtorek, 30 kwietnia 2013

Polskie roboty przemysłowe

Patrząc na dzisiejszy przemysł, działka, jaką jest robotyka, jest w bardzo (bardzooo) dużym stopniu zdominowana przez państwa takie, jak Niemcy (roboty marki Kuka) , Japonia (Fanuc, Mitsubishi) oraz Włochy (Comau, chociaż firma ta powstała przede wszystkim do wyposażania fabryk Fiata). Mamy też potężne i międzynarodowe ABB, które ciężej sklasyfikować jako firmę jednego państwa.

Fot. 1. Robot RIMP-401

Głównie ze względu na popyt i ilość linii produkcyjnych, wydawać by się mogło, że wszystko jest w należytym porządku, bo to przecież właśnie Niemcy, Japonia i USA (tym bardziej teraz, w okresie wycofywania rodzimej produkcji z państwa Azjatyckich) mają największa ilość instalacji z robotami przemysłowymi w rolach głównych. Nie inaczej. Nie zmienia to jednak faktu, że i my, Polacy, pomimo braku dużego koncernu produkującego roboty też mamy się czym pochwalić w dziedzinie konstrukcji tych maszyn. I to już od wielu lat nasi naukowcy tworzą ciekawe urządzenia zrobotyzowane, czy publikują zadziwiające cały Świat wyniki badań.
Fot. 2. RIMP-402

1. W latach 70 XX wieku to właśnie Polacy rozpoczynali badania nad robotami przemysłowymi (głównie na wydziale lotnictwa na PW ale także w PIAPie), ale co więcej, polski przemysł wykazywał potrzeby i chęci zakupu takich urządzeń. Zarówno ze względu na rosnącą modę, ale też sporą nobilitację na tle innych producentów. 

2. Mimo tego, że pierwszy robot na Świecie został zainstalowany "dopiero" w 1958 roku, to już w 1978 roku fabryka Forda w USA posiadała całkowicie zrobotyzowaną produkcję skrzyni biegów, a jedynymi ludźmi na ciemnej hali produkcyjnej byli trzej dyspozytorzy. Zupełnie podobnie było w fabryce Fiata w Monte Cassino-tu jedynymi osobami byli ochroniarze, a zrobotyzowany był nawet wlew paliwa do baków.
Jak widać, pomimo tego, że dziś integracja robotów na liniach jest znacznie tańsza i o wiele łatwiejsza, nie popada się już dzisiaj w taki obłęd, jeśli chodzi o ich stosowanie. Wracając do Polski-mimo wszystko w tamtych czasach stosowanie zagranicznych urządzeń nijak nie kalkulowało się rodzimym przedsiębiorcom i ze względu na ich wysokie ceny, nawet w wieloletnim przeliczeniu-tańszy pozostawał wciąż pracownik. Mimo wszystko wciąż w tym czasie w Polsce było ok. 300 robotów przemysłowych, przy czym w całym bloku radzieckim w SUMIE BYŁO ICH TEŻ 300. Zatem Polska była mocnym liderem na naszym terenie. W samym FSO przy produkcji Poloneza pracowało 18 amerykańskich Unimate'ów i POLSKI RIMP.

Fot. 3. RIMP-901

3. Ok, w końcu udało się znaleźć Polski akcent. Jest ich o wiele więcej, bo wysokie ceny robotów zagranicznych ciągnęły za sobą Polskie próby stworzenia własnych urządzeń i tak w latach '70 w PIAPie powstały pierwsze PR-02, a w praktycznie tym samym czasie Centralne Biuro Konstrukcyjne Obrabiarek z Pruszkowa pokazało Światu swój PR-30, do obsługi obrabiarek. W Instytucie Mechaniki Precyzyjnej powstał z kolei RIMP, modele:
-RIMP 401 i 402, jako roboty do obsługi maszyn i urządzeń technologicznych (Fot. 1, Fot. 2)
-RIMP 901, czyli robot malarski (Fot. 3). Robot napędzany siłownikami hydraulicznymi, uczący się na podstawie stworzonej przez lakiernika trajektorii.
-RIMP 1000, czyli robot spawalniczy (Fot. 4). Posiadał możliwość zaprogramowania 1000 punktów, co jednak wystarczało do większości prac zgrzewania i spawania.

Fot. 4. RIMP-1000

Problem leżał jednak gdzie indziej. W tamtych czasach ówczesna władza ani trochę nie pomagała zapalonym konstruktorom, pakując ogromne ilości pieniędzy w przemysł zbrojeniowy. Roboty, które powstawały, niejednokrotnie bazowały na częściach z odrzutu od wojska, bądź z Instytutu Lotniczego. Patrząc na te argumenty, fakt stworzenia jakichkolwiek robotów jest już sporym wyczynem, a robot malarski, który posiada możliwość uczenia się, to już prawdziwa Światowa czołówka umiejętności inżynierskich. Ale przede wszystkich chyba naprawdę dużego zapału i pasji. Nie zmienia to jednak faktu, że najpewniej to właśnie brak finansowania "zabił" polska robotykę na dużą, Światową skalę...
4. W związku z powyższym, w 1975 roku podjęto decyzję o zakupie licencji na szwedzkie IRb-6 oraz IRb-60 firmy ASEA. W Polsce nazwano je IRp-6 (fot. 5) i IRp-60 (fot. 6). W tamtych czasach były to jedne z najnowocześniejszych robotów na Świecie, oparte o mikroprocesory Intela i napędy elektryczne. Zajmował się nimi PIAP, ale już w latach '80 biuro konstrukcyjne TASKOPROJEKT dostało zlecenie na wyprodukowanie kilku tysięcy sztuk tych robotów (przy 1700 sztuk wyprodukowanych w Szwecji...). Na tych projektach niestety się skończyło. Hale produkcyjne ku temu przeznaczone dziś zajmuje Volkswagen oraz firma Zap Robotyka, która instaluje zrobotyzowane linie, jednak już w oparciu o roboty importowane.

Fot. 5. Produkcja robota IRp-6

5. Mimo wszystko w Polsce powstało kilka zrobotyzowanych linii produkcyjnych opartych o roboty RIMP oraz IRp-6 i IRp-60. Były to min. (w IMP):
-stanowisko do hartowania indukcyjnego, elementu maszyny rolniczej-gęsiostópki, oparte o robota RIMP-401 oraz przenośnik, urządzenie bazujące, nagrzewnica, chwytak, transporter-wszystkie polskiej produkcji.
-emaliowanie natryskowe z zastosowaniem robota RIMP-901 z Olkuskiej Fabryce Naczyń Emaliowanych
-zgrzewanie pasa tylnego w Polonezie za pomocą RIMP-1000 w FSO
-wytwarzanie wytłoczek do fiata 126p w Tyskim FSMie za pomocą 10-ciu RIMP-401
-produkcja motoru Junak w szczecinie-8 sztuk RIMP-401
-Fabryka Maszyn Rolniczych w Kutnie
-niemieckie Halle, Fabryka Pomocy Szkolnych- 4. szt. RIMP-401
-niektóre roboty były nawet eksportowane do Chin.
-Ponadto Polacy w IMP produkowali dużą ilość osprzętu do swoich robotów, dzięki czemu sprzedawali pełne zestawy.
Fot. 6. Robot IRp-60

Nie można zapomnieć o firmie Taskoprojekt, która również wykonała kilka projektów:
-stanowiska malarskie z robotem RIMP-901 w roli głównej
-stanowiska napawania otworów w lokomotywie za pomocą robota własnej konstrukcji
-stanowisko spawania drzwi okrętowych za pomocą robota Cloos
Próby tworzenia własnych stanowisk podejmowane były częściej, jednak w efekcie problemów ze sprowadzeniem komponentów, czy kadrą, nie było łatwo zaistnieć. Często pomagały firmy zagraniczne, jak wspomniany Cloos, ale także przedsiębiorstwa, w których były już zainstalowane rodzime roboty, organizując różnego rodzaju pokazy i promocje.
W tamtych czasach brakowało jednak również wielu środków ostrożności, sensorów. Nie było żadnych laserowych czujników, fotokomórek, ogrodzeń. Ostatecznie w latach '90 przyszedł kryzys, którego polscy producenci robotów nie dali już rady udźwignąć.
Na zakończenie warto wspomnieć, że z robotyką w Polsce nie jest tak źle. Bardzo dużo ośrodków zajmuje się integracją systemów robotyki i to z powodzeniem. Ich rozwiązania oparte są jednak przede wszystkim na robotach oraz czujnikach produkcji zagranicznej. Pocieszająca jest jednak myśl, że z gigantami da się konkurować. Przykładem jest tu niemiecka firma MANUTEC, która produkuje roboty o wysokich precyzjach, do specjalistycznych zastosowań. Pracuje w niej zaledwie kilka osób, a ich działalność rozpoczęła się od stworzenia własnego projektu, opartego o komponenty firm zewnętrznych.

Było długo, ale kto doczytał ma ważne podstawy. Tu jeszcze więcej.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

PhoneSat'y od NASA wyniesione na orbitę !

W zeszłą niedzielę, rakieta Antares wyleciała w misji wyniesienia na orbitę kilkunastu satelit. Wśród nich znalazły się trzy PhoneSat'y, konstrukcji NASA, które pretendują do miana najtańszych satelit w historii.


Pomysł umieszczenia telefonu w standardowej CubeSat'owej obudowie (tak, standard ten oznacza 10x10x10 cm, co nie jest szczególnie dużym rozmiarem, ale telefon spokojnie się zmieści. Co ciekawe, istnieją jeszcze mniejsze obiekty, jak ten projektowany przez Licealistów z Andrychowa i Krakowa, zwany CanSat, bo mieścił się w puszce) wydaje się być idealnym rozwiązaniem, głównie z tego względu, że niewielkie urządzenie, którym jest nieodłączna w naszym życiu komórka, zawiera wbudowane wszystkie elementy niezbędne do pracy satelity: kompaktowe rozmiary, wytrzymałe obudowy, zawierają moduł transmisji radiowej, procesor, system operacyjny, sensory, kamerę i odbiornik GPS.


Jednak nie wszystkie modele są identyczne. Dwa z nich o nazwie PhoneSat 1.0 posiadają mózg w postaci telefonu Nexus One stworzonego w kooperacji Google'a z HTC na Androidzie. Ich zadanie jest proste-popracować w przestrzeni, przesłać kilka zdjąć i spłonąć na ziemskiej orbicie. 

Trochę cięższe zadanie stoi jednak przed PhoneSat'em 2.0, który pracuje na telefonie Nexus S (powstały z współpracy Google i Samsunga). Ten model posiada panel solarny na obudowie, dzięki czemu w przestrzeni kosmicznej będzie w stanie ładować własne baterie, a także szybszy procesor, przez co będzie odpowiedzialny za większa ilość zadań. PhoneSat 2.0 posiada odbiornik GPS, sygnał radiowy w zakresie S żyroskop i magnetorquer'y (dłuższa historia, ciekawskich odsyłam do wiki. Krótko- cewki pozycjonujące względem pola magnetycznego Ziemi) do kontroli położenia na orbicie (zamiast chaotycznych obrotów).

Całość wygląda obiecująco, ponieważ model 1.0 kosztował 3,500$, a 2.0 7,000$, co jest wynikiem bardzo dobrym. Wyniki pomiarów wykonanych przez satelity zbierane będą przez amatorską stację zbudowaną z Kalifornii. Ciekawym dodatkiem jest strona internetowa, na której zainteresowani mogą śledzić dane dotyczące położenia satelit. Trzeba się spieszyć, ponieważ satelity będą na orbicie zaledwie około dwóch tygodni !

Całość na NASA

niedziela, 28 kwietnia 2013

Mantis- dwutonowy, ludzko-ujeżdżany hexapod !

Każdy nastoletni chłopiec marzy o kostiumie, robocie, magicznym pojeździe,  którym mógłby podróżować, mając nieograniczone możliwości. Do którego mógłby się chować w ciężkich chwilach, którym mógłby zgładzić swoich klasowych wrogów, który da im możliwości imponowania dziewczynom i podbijania ich serc..
Marzenia, marzenia.. chwilami mam wrażenie, że oprócz wspomaganiu lenistwa, robotyka ma również moc spełniania dziecięcych marzeń. Właśnie tak jest chyba i w tym przypadku. Bo po cóż innego miałby powstawać ogromny, dwu-tonowy, hexapod z silnikiem diesela, do którego wnętrza można wsiąść i najzwyczajniej nim pojeździć ?!


Po czterech latach prac, powstało urządzenie nazywane przez autorów "największym, wszystko-terenowym,  sterowalnym robotem hexapodem na Świecie". Waga całkowita to 1900 kg, wysokość 2,8 metra, a w sercu tego potworka silnik turbo diesel 2.2 litra i hydraulika. Całość posiada duża ilość sensorów, dzięki której robot jest w stanie się przemieszczać, a 18 siłowników dba i ruchy kończyn. Program HexEngine, zainstalowany na komputerze Linux'owym koordynuje całego robota, kiedy my spokojnie siedzimy na miejscu kierowcy. 
Autorzy sami stwierdzają, że jest to największe dotychczas dzieło ich rąk (bije nawet pająki z Harry'ego Potter'a) i powstał głównie z ich pasji do hexapodów. Dziś zajmuje się przede wszystkim zarabianiem pieniędzy na pokazach. Oto i on:

BlabDroid, czyli idealny przedstawiciel gatunku homo-robotus

Z pewnością wszyscy zgodzimy się z tezą, że jest na Świecie kilka kochaniutkich i słodkich rzeczy, stworzonek. Jedną z nich z pewnością jest ten Kickstarterowy robot o wdzięcznym umieniu BlabDroid:


Słodziak, prawda?!
Ale do rzeczy. Kiedy w 1966 roku Joseph Weizenbaum z MIT stworzył ELIZA'e, czyli algorytm zadający ludziom pytania i na podstawie dostępu do obszernych baz danych analizę odpowiedzi (który, jak się okazało był nawet obiektem romansów jednej z pracownic instytutu, a większość użytkowników traktowało go, jak prawdziwego człowieka) z pewnością nie spodziewał się, że w przyszłości zostanie on tak wdzięcznie wykorzystany.
Pierwowzorem BlabDroida były roboty wykorzystane podczas Tribeca Film Festival'u w Nowym Jorku, gdzie 20 z nich stało i zadawało ludziom przeróżne, często nietypowe i niestosowne dla człowieka pytania (np.: "Jaka jest najgorsza rzecz, którą kiedykolwiek zrobiłeś drugiej osobie?", "Kogo kochasz najbardziej na Świecie?"). Pomysł przyjął się znakomicie, dzięki czemu powstał projekt na Startera.
Co jest w nim uroczego ? Oczywiście słodziutki wygląd. Ponadto robot komunikuje się głosem 7-letniego chłopca, porusza głową patrząc na rozmówcę i zbudowany jest z kartonu. Dzięki otwartej architekturze, będzie można wymieniać jego osprzęt stosując swoje kamery, głośniki, czy mikrofony, a także poprzez Bluetooth komunikować go z telefonem, dzięki czemu będzie korzystał z aplikacji takich, jak Siri, Spotify, budzik (czy to nie wspaniałe, słyszeć o 6:30 głos 7-latka, który budzi nas ze snu ?) itp. 
Ten maluszek wydaje się być naprawdę fajnym pomysłem, który może podbić serca wielu ludzi na całym świecie (tak, jak dawniej tamagochi !). Oto malec w akcji:


Połknij kamerę, czyli o diagnozowaniu ludzi od wewnątrz

Od dawna zastanawiano się, jak wykonać badania wewnętrznych części ciała człowieka w sposób nieinwazyjny i całkiem przyjemny dla pacjenta. Bo, jak wiadomo, wprowadzanie sondy przez gardło, żeby obejrzeć wnętrze jamy brzusznej to nic przyjemnego (nie testowałem, ale nie wydaje simę być niczym przyjemnym.


Trochę głowienia się i okazało się, że da się stworzyć urządzenie odpowiadające potrzebom. Udało się stworzyć miniaturowe elementy z pamięcią kształtu, które są zupełnie biodegradowalne i "rozpadają się" po ukływie 18-20 godzin w organizmie. Realny czas pracy to 1-2 godziny. Co więcej całość jest zamknięta w żelatynowej kapsułce, dzięki czemu połyka się ją jak zwykła tabletkę i może dotrzeć w odpowiednie miejsce w ciele człowieka. Brzmi nieźle ! Problem w tym, że przy krótkim czasie badania takie tabletki należąłoby połykać każdego dnia..

sobota, 27 kwietnia 2013

Śrubo-napędowy snowboard, czyli jak wjechać pod górkę !

Czasami niektórzy z Was pytają mnie po co założyłem tego bloga. Czasami nie od razu udzielam Wam odpowiedź. Właśnie dlatego, że czekałem na coś takiego, jak to ! Snowboard z napędem śrubowym, dzięki któremu oprócz zjazdu w dół-możemy również wspinać się w górę !


Francuscy studenci z Lyonu, którzy w wolnym czasie lubują się w jeździe na snowboardzie, postanowili stworzyć system, który da możliwość wjeżdżania również pod górkę. Podstawą systemu jest śruba Archimedesa (zasadniczo używana do utrzymywania temperatury i transportu wody. Jeśli dalej nie kojarzycie, warto przypomnieć sobie maszyny, w których kręci się sorbet w galeriach handlowych i budkach nad morzem. Pamiętamy ? No to jedziemy dalej), która transportuje śnieg w dół, przez co deska sunie w górę. Studenci wykorzystali dwie śruby napędzane niewielkim silnikiem silnikiem z elektrycznego roweru.



Może system nie jest morderczo szybki, ale wytworzony moment jest wystarczający, aby pracować na płaskim i górzystym terenie, na każdym rodzaju śniegu. Na razie plany są takie, aby wystąpić z systemem w konkursie, a w przyszłości zacząć go sprzedawać. Warto rzeczywiście używać go do jazdy pod górkę, bo dokłada trochę wagi dla deski - 4 do 7 kg. Sprawdźcie! :


MacGyver dla interfejsów !

Niby nic, a jednak gadżet, który niedługo może być naszym ulubieńcem. Mac Gyver byłby z niego z pewnością dumny. Co to jest ? USB Utility Charge Tool ! Z pewnością niejeden z nas spotkał się z problemem zbyt dużej ilości kabli, żeby podłączyć do laptopa telefon, odtwarzacz muzyki, i (?) iphone'a. Tak, może nie na raz, ale kabelków i tak daje to sumarycznie sporo. Własnie dlatego powstał ten wdzięczny scyzoryk, który z jednego wejścia USB zasila złącza: mini USB, micro USB i Apple 30-pin. I to w jednym czasie. Wygląda tak i kosztować będzie 20$:

piątek, 26 kwietnia 2013

Telefoniczne zrób to sam

DIY to coś szalonego i magicznego. Tym bardziej w czasach, kiedy technologie stają się coraz bardziej zaawansowane. Nie zmienia to faktu, że i ludzie maja coraz bardziej niesamowite pomysły. Tak, jak David Mellis, który postanowił sam zbudować sobie..telefon komórkowy !



Nie dziwi pewnie fakt, że David jest studentem MIT. Przednia obudowa do panel drewniany, z klawiszami wyciętymi weń laserem, a wewnątrz znajduje się standardowa płytka elektroniczna (wykonana jako technologia Open Source, więc spokojnie możemy z niej korzystać- pliki wykorzystane podczas budowy telefonu znajdują się tu).
W ostatnim czasie nie powinno dziwić, że wszystko stworzone zostało na Arduino, który staje się sporym hitem coraz szerszej gamy aplikacji. Wyszło nie najtaniej, bo 120$, ale efekt jest imponujący. Szczególnie, że to dopiero pierwszy krok w personalizacji telefonów komórkowych od studentów MIT.

czwartek, 25 kwietnia 2013

"Śpiewająca" drukarka 3D!


Po serii różnych grających dziwactw, takich, jak dysk twardy, czy kran. Oczywiście, idąc tym tropem, najwyższy czas na ostatni trend, czyli drukarki 3D ! Skoro są serwomechanizmy (silniki), mogące mieć różne prędkości obrotowe, to dlaczego i one nie miały by grać ? Efekt jest tutaj o tyle ciekawy, że podczas grania "Carmen" Bizeta, drukarka cały czas drukuje, tworząc przy tym różne ciekawe wzory.
Na pomysł wpadł Pan Rickard Dahlstrand, który napisał skrypt w języku Python, którego zadaniem było przerobienie muzyki w formacie MIDI na format G-Code, bezpośrednio sterujący częstotliwościami pracy silników w drukarce. Oto jego dzieło:


Co więcej, autor na swojej stronie udostępnia gotowe utwory, które można z powodzeniem wgrać również na inne obrabiarki CNC (w wypadku potężnych frezarek muzyka musi robić wrażenie!).

środa, 24 kwietnia 2013

Ekran 2,5 D

Jak zwykle Japończycy. Tym razem przychodzą nam z ekranem 2,5 D. Zastanawiacie się, co to oznacza? Zasadniczo to, że trzeci wymiar tworzony jest tutaj przez użytkownika i jego interakcję z systemem, bez niej mamy tylko obraz dwuwymiarowy. 
System składa się z bębna z elastyczną membraną (która jest głównym obiektem zainteresowania) oraz projektora zaprogramowanego tak, by zmieniał wyświetlany obraz zgodnie w rodzajami odkształcenia membrany. I tak możemy: naciskać, wyciągać, rozciągać, skręcać, ściskać, mieszać itp. Po stworzeniu własnego świata obrazów, efekty otrzymane mogą być niesamowite. Więcej na filmie:


Obake: interactions with a 2.5D elastic display from Dhairya Dand on Vimeo.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Top 5 błędów nowicjuszy w LabView

Ten artykuł jest trochę mniej o robotyce dla nieinżynierów. Ogólnie jest trochę mniej dla nieinżynierów, ale postaram się ubrać go w taki język, żebyśmy wszyscy mieli frajdę, czytając go.
LabView jest graficznym środowiskiem programowania, stworzonym przez firmę National Instruments. W odróżnieniu od tradycyjnych metod programowania, to w LabView polega na wstawianiu na pulpit różnego rodzaju ikon funkcji, pętli etc. Każda z nich posiada indywidualne wejścia i wyjścia i połączone są między sobą-to z kolei determinuje kolejność wykonania programu: we->wy. Docelowo stworzone zostało dla naukowców i badaczy rozwiązujących różne problemy, wykorzystywane między innymi w CERNie i NASA.

Do części zasadniczej przystąpmy. 
1. Nadużywanie poziomów sekwencyjnych.
Co to oznacza ? A no to, że wielu początkujących nie do końca rozumie idee wykorzystywania pętli i tego, co z nich uzyskujemy (macierze 1D, 2D, 3D). Ponadto powoduje to spore obciążenie procesora, a wiele z tych operacji wykonanych może zostać w pominięciem pętli lub z mniejszą ich ilością równolegle. Warto zwrócić na to uwagę, ponieważ przy bardziej złożonych problemach może to być mocno odczuwalne.

2. Nadużywanie zmiennych lokalnych.
Ten problem dotyka chyba programistów każdego środowiska, nie tylko LabView. Jednak w normalnych językach programowanie zmienne lokalne są raz użyte i usunięte. W LabView, przez jego równoległą strukturę programowania, są one po prostu pamięciożerne i nic nie daje ich każdorazowe tworzenie. 

3. Ignorowanie modułowości kodu
Wielu początkujących użytkowników środowiska tworzy proste programy, a potem po prostu je wyrzuca. Pamiętać należy jednak o tym, że LabView daje możliwośś tworzenia modułów na podstawie utworzonych programów, więc jeśli wiemy, że jakiś fragment kodu może nam być w przyszłości przydatnym warto skorzystać z tej opcji, zamiast każdorazowo wykonywać go od nowa.

4. Tworzenie masywnych diagramów blokowych
Wielu użytkowników nie ma jeszcze swojego stylu tworzenia diagramów lub po prostu ich styl nie jest zbyt wydajny. Konsekwencją takiego podejścia są bardzo "ciężkie" i nieefektywne programy. Aby temu zapobiec, warto zaznajomić się z gotowymi przykładami, dostarczonymi przez National Instruments (Simple State Machine)

5. Pomijanie potrzeb dokumentacyjnych
Ważny element. Często programy powstają pod wpływem różnego rodzaju deadline'ów, kawy i zapałek na powiekach. Są to te momenty, kiedy nawet po sukcesie programistycznym, często po porannej pobudce nie do końca jesteśmy w stanie określić dokładnie sposób działania poszczególnych bloczków, ale i całego programu. Właśnie w celu zapobieżenia takim sytuacjom warto jednak przysiąść nad dokumentacją, dzięki której sami będziemy mieli sporo łatwiej, a i inni będą mogli z łatwością odtworzyć i zrozumieć nasz program.

niedziela, 21 kwietnia 2013

COMAN-humanoid niewywracalny!

Tym razem zacznę od filmu:

Na mnie zrobił piorunujące wrażenie. Dotychczas utrzymywanie przez roboty równowagi było jednym z najbardziej złożonych obliczeniowo i najtrudniejszych do wykonania zadań.
COMAN (Compliant Humanoid Platform), bo tak nazywa się ów robot, porusza się naprawdę niesamowicie. Posiada system przyspieszonego uczenia się, oraz mechanizmy zwiększające sztywność w członach (każdy człon posiada indywidualny czujnik momentu, dzięki czemu charakterystyki są niezależnie wyznaczane) w odpowiedzi na zewnętrzna siłę (doskonale widoczne na filmie).
Na dziś dzień humanoid zasilany jest zewnętrzną baterią, pozwalającą mu na 150 minut pracy (2,5 godziny przepychanek może być dla homo-sapiensa mocno męczące !).



czwartek, 18 kwietnia 2013

Naucz się programowania.. grając w grę !

Mówi się, że najlepiej uczy się przez zabawę. Nie inaczej. Własnie te słowa wzięli sobie do serca naukowcy z Uniwersytetu w Kalifornii. Aby nie odrażać młodzieży nużącym ślęczeniem przed komputerem (oczywiście mowa tu o programowaniu) i jednak mieć sposobność, by przytrzymać ich kilka godzin przy nauce języka programowania, badacze stworzyli CodeSpells.
Główną postacią jest czarodziej w świecie nękanym przez gnomy. Biedne małe gnomiki utraciły zdolność do posługiwania się magią, a zadaniem gracza jest rzucanie na nie zaklęć, dzięki którym ich zdolności maja powrócić. Aby jednak rzucić zaklęcie, najpierw trzeba je.. napisać w języku Java. Tu oczywiście pomocna jest gra, która podpowiada, jak to zrobić. Za odpowiednie i poprawne programy gracz otrzymuje różnego typu nagrody i odznaki.

Gra została przetestowana na 40 dziewczynkach w wieku 10-12 lat, które nigdy wcześniej nie miały styczności z programowaniem. Po kilku godzinach gry posiadały już podstawy programowania, znały pętle oraz odkrywały nowe możliwości rozgrywki, dzięki rosnącym umiejętnościom. Naukowcy planują wprowadzać swój wynalazek do szkół oraz propagować taki tryb nauki. Może to być bardzo dobry pomysł na wdrażanie informatyki już od najmłodszych lat i to w przyjemny sposób. Filmik ze scenami z gry:

Bionika vol. 1- byczek !

Bionika, jako nauka o tworzeniu mechanizmów zaczerpniętych ze świata natury ma się ostatnio całkiem nieźle. Powiedzieć można nawet, że bardzo dobrze ! W związku z tym w najbliższym czasie pojawi się kilka artykułów opisujących robo-zwierzaki.
Pierwszym z nich jest Koreański Byczek. Robot powstał w odpowiedzi na słabnące zainteresowanie popularnym w Południowej Korei festiwalem walk byków (tak, też pierwsze słyszę..). Aby zainteresować turystów, Koreańczycy postanowili zlecić krajowemu instytutowi robotyki wykonanie robota byka (kosztem 400,000 $). 

Walki te polegają na związaniu dwóch byków z wypisanymi na boku imionami i ich przepychankach (Hiszpanie są tu zdecydowanie bardziej krwawym narodem), a kończą się, kiedy najzwyczajniej jeden z nich osłabnie i się podda. Byki są jednymi z najcenniejszych na Koreańskich wsiach zwierząt, bardzo szanowanych przesz mieszkańców. Wielu trenerów karmi je najlepszymi paszami i dojeżdża kilkanaście kilometrów dziennie, by spędzić z nimi czas. W tym kontekście wydatek na robo byka nie dziwi.
Robot jest wielkości 2/3 naturalnego zwierzęcia, posiada możliwości poruszania karkiem, głowa oraz nogami. System zainstalowany w pobliżu areny tłumaczy przechodniom zasady walk byków, możliwości i zasady obstawiania poszczególnych walczaków i tym podobnych. 
Wydatek spory, ale jeśli arena zawodów mieści 10000 osób, to być może się zwróci.. ;)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Prawdziwie FAST food !

News trochę straszny. Nie tyle dla konsumentów, co dla studentów (chociaż generalnie te regiony często się pokrywają), którzy bardzo często dorabiają sobie w "restauracjach" (nie, nie przesadzam) typu Mc Donald, czy KFC. Firma Momentum Machines postanowiła zautomatyzować ogromny rynek, jakim jest rynek hamburgerów (9 mld. $ rocznie w samym tylko USA !-które, jak wiadomo wiodą prym w tym temacie) tworząc maszynę zastępującą ludzi podczas składania wdzięcznych kanapek. 
Cała machineria wygląda tak: 


W dodatku sprzęt jest całkiem wydajny (400 bułek na godzinę), posiada systemu podgrzewania, podawania, cięcia bułek, pakowania, a w przyszłości wyposażony ma zostać również w selekcję rodzajów mięsa. Rzecz jasna oszczędza również sporo przestrzeni, na której krzątają się pracownicy. Pierwsze takie urządzenia ma stać w restauracji firmy...Momentum Machines (!), która postanowiła otworzyć własną restaurację. Planuje się, że urządzenie zwróci się w przeciągu maksymalnie roku czasu.
Jedyne, co może zastanawiać, to jakość wykonania mechaburgerów. Ot, wyglądają one całkiem "smacznie":


Czas wziąć się do nauki, bo nawet McDonald przestanie dawać zatrudnienie ! 
Z pomocą: gizmo


sobota, 13 kwietnia 2013

Bo weekend !

Z racji na to, że mamy weekend przedstawiam kilka nowinek ze świata.. rozrywki (;)):

1. Inteligentne piwo od Heinekena !
Wiadomo, że dla większości z nas piwo, samo w sobie, jest już warunkiem koniecznym i wystarczającym udanej imprezy. Heineken wyszedł jednak z założenia, że poza piwem można dać klientom coś więcej i idąc tym tropem stworzył to:

BUTELKĘ INTERAKCYJNĄ. Dzięki pracy grupy inżynierów, 10-tygodniom czasu powstała niesamowita imprezowa butelka na piwo Heineken. Wydrukowany w 3D spód skrywa elektronikę integrującą żyroskop, akcelerometr,  8 diod LED, mikroprocesor baterię oraz antenę wi-fi.
Po co ? Kiedy stukniesz się butelkami, mówiąc "zdrowie" butelka zaświeci jasnym światłem, podczas picia diody mrugają, odłożona przygasa aż do ponownego podniesienia, a kiedy imprezowy beat zaczyna poruszać falą, piwo w Twojej dłoni świeci w rytm muzyki ! Oto ona w akcji: http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=vlnjXlm2sm0. To jak, widzimy się na mieście ? ;)

2. Coś na nadchodzący sezon grillowy. Zdarza się, że na imprezie towarzyszy nam turystyczna lodówka. Oczywiście z piwkiem. Im później, tym ciężej wyszukać wewnątrz małe zimne, a grzebanie po omacku w lodowatej wodzie nie jest szczególną przyjemnością. Wyzwanie, któremu "weekendowy" inżynier musiał sprostać ! Tak właśnie powstała ta urocza, 9-volt'owa, odporna na wypadki, podświetlana diodami led, tworząca piękne efekty "wyjmowania piwa" (ale też przecież pomagająca !) lodówka turystyczna. Oto ona:

3. Lodówka lodówką, ale co, jeśli jesteśmy wolnosączycielami piwka ? ChillPuck ! Mały, zgrabny, dopasowany do kształtu puszki i... tajemniczy. Chłodzi dobrze, ponieważ ma temperaturę niższa niż lód i dosłownie wysysa ciepło z puszki. Jak ? Tego własnie nie wiemy, autor określa to "Technologiami stosowanymi przez NASA do chłodzenia reaktorów atomowych prze zastosowaniach satelitarnych". Tajemniczo. Wygląda tak:

To tyle, enjoy the weekend !

piątek, 12 kwietnia 2013

Internet of Things

Coraz powszechniej słyszymy na co dzień o wszystkich tych inteligentnych domach, o odkurzaczach jeżdżących samoczynnie po mieszkaniu, włączających się samoczynnie światłach, samo-zaparzającej się kawie itp..
Prostym językiem zostaje nam przemycona idea IoT (Internet of things). Jest to nurt XXI wieku, w myśli którego nasze codzienne (ale i te bardziej zaawansowane) przedmioty, tak, jak i my-ludzie, byłyby ze sobą połączone poprzez globalną sieć. Dzięki temu np. budzik byłby w stanie włączyć silnik w aucie, ekspres do kawy i boiler z wodą, a zmiana czasu pobudki te wszystkie ustawienia przestawiałaby na inną godzinę. Ponoć ma to być rewolucja. Standardowo okazuje się jednak, że przemysł posiada już rozwiązania tego typu..
..Nie od dziś w przemyśle znajdują się różnego rodzaju systemy sterowania, oprogramowanie SCADA, które, dzięki połączeniu maszyn i sensorów w sieci, pozwalają na ciągłą współpracę całego systemu. Dzięki rozpowszechniającemu się standardowi ethernet, jako interfejsu przemysłowego (tak, nie tylko, jako kabel od internetu), zagadnienia te stają się coraz bardziej powszechne i coraz częściej używane. Nowością miałoby być jednak stworzenie sieci globalnej informacji, wymiany danych, dzięki której można by w szybkim tempie zmieniać szczegółowy profil działalności w odpowiedzi na informacje płynące ze świata, bądź innych fabryk, a także szybsze znajdowanie obszarów zastosowania innowacji. No i oczywiście sama ilość informacji byłaby znacznie większa.
Problem jednak w tym, że rozwiązanie to, przynajmniej w przemyśle, raczej się nie przyjmie. Firmy są już zrażone dosyć topornym i złośliwym dla nich oprogramowaniem, z którym niedawno miała sporo problemów. No i rzecz tajemnicy-nie wszystkie sekrety powinny ujrzeć światło dzienne, prawda?
Być może jest to jednak ciekawe rozwiązanie dla klienta detalicznego, któremu znacznie ułatwiałoby ono życie. Czy jednak powinniśmy oczekiwać rewolucji na miarę powstania internetu ? Raczej nie. jak będzie ? czas pokaże.
Źródło: link