Translate

środa, 8 maja 2013

Rok bez internetu.

Dziś cały mój dzień (poza wieczorem rzecz jasna) minął pod znakiem braku internetu. Zastanawiając się więc nad tematem na wieczorny post, przypomniałem sobie o niedawnym wydarzeniu, które mocno poruszyło internet. Oto 1 maja 2013 po roku przerwy bloger "The Verge" powrócił. Nie tylko na bloga-powrócił do internetu.
"I was wrong.", to zdanie otwierające obszerny post, w którym bloger opisuje swoją przygodę. Jak wielu z nas, ludzi, codziennie spędzających po kilkanaście godzin w sieci, siedząc przed monitorem, tak i Paul Miller miał już dosyć. Dosyć internetu, dosyć siedzenia przed komputerem, odpisywania setek maili, wertowania kolejnych stron, tracenia czasu na rzeczy zupełnie niepotrzebne, czuł się wypalony i chciał uciec od tego jak najdalej. Jego stan nie wyglądał najlepiej, o czym sam napisał:
Planowałem rzucić pracę, wprowadzić się do domu moich rodziców, czytać książki, pisać książki i cieszyć się wolnym czasem. (…) Z jakiegoś powodu The Verge chciało mi zapłacić za opuszczenie Internetu. Mogłem zostać w Nowym Jorku i dzielić się moimi odkryciami ze światem.
Początkowo plan rzeczywiście się spełniał. Jego życie było idealne, zaczął uprawiać sport, jeździć na rowerze, grać we frisbee, spotykać się ze znajomymi, czytać. W tym czasie napisał również pół powieści. Jednocześnie jego praca dla magazynu The Verge stała się dużo bardziej produktywna, a jego artykuły o wiele ciekawsze.
Bez większego trudu nowy tryb życia pozwolił Paulowi na zrzucenie wagi, zmianę garderoby, dzięki czemu znajomi komplementowali jego przemianę. Znajomych też miał i fizycznie się z nimi spotykał, zamiast tylko czatować na portalach społecznościowych. Okazało się również, że DA SIĘ żyć bez serwisów takich, jak Wikipedia, czy Google.

Jak na blogera przystało Paul musiał dostawać listy i na nie odpisywać. Z racji na to, że przestał korzystać z internetu, listy przychodziły pocztą tradycyjną. Odpisywanie na każdy z nich stało się praca o wiele cięższą i bardziej monotonną, niż czynienie tego samego drogą elektroniczną. Odpowiedzenie na 12 z nich w ciągu tygodnia było nie lada wyzwaniem, a brak odpowiedzi nastręczał wyrzutów sumienia z powodu zignorowania drugiej osoby. Z czasem okazało się też, że brak internetu nie ułatwił umawiania się ze znajomymi, a wyjęcie i zmotywowanie się do przeczytania ciekawej lektury również nastręczają problemów. Paul pisze:
Przed końcem 2012 roku nauczyłem się, jak prowadzić styl życia złożony ze złych wyborów poza Internetem. Porzuciłem pozytywne nawyki. (…) Po roku nie jeżdżę już tyle na rowerze. Moje frisbee się kurzy. Przez większość tygodni nie wychodzę spotkać się z ludźmi ani razu. Moim ulubionym miejscem jest kanapa. Kładę nogi na stoliku i gram w gry oraz słucham audiobooka. Wybieram gry niewymagające myślenia, jak Borderlands 2 czy Skate 3.
Jednak prokrastynacja nie jest tak łatwa do oszukania..
Największym jednak problemem było to, że tylko jeden Paul był poza internetem. A cała reszta społeczności w nim pozostała. Zadzwonienie do drugiej osoby okazywało się o wiele trudniejsze niż wysłanie maila, z drugiej jednak strony, kiedy Paul nie odbierał telefonu, lub nie odpisywał wiadomości tekstowej, ludzie odczuwali, jakby coś mu się stało, nie mając pojęcia co się z nim dzieje. Przecież gdyby był na facebooku, byłoby to tak łatwo sprawdzić...
Na samym początku posta autor napisał:
Myliłem się. Rok temu opuściłem Internet. Myślałem, że czyni mnie bezproduktywnym. Myślałem, że nie ma znaczenia. Myślałem, że “niszczy moją duszę”. (…) A teraz powinienem być w stanie wam powiedzieć, jak to rozwiązało wszystkie moje problemy. Powinienem być oświecony. Powinienem być bardziej “prawdziwy”. Bardziej idealny.
Eksperyment blogera The Verge daje wiele do myślenia. Pokazuje on również, na czym oparty został sukces serwisów społecznościowych-na potrzebach utrzymywania więzi międzyludzkich. Osobiście wydaje mi się, że największym problemem i przyczyną innych niepowodzeń było oderwanie się "od stada". Pewnego rodzaju wyobcowanie i odcięcie od reszty środowiska. Bo przecież gdy sami wyobrazimy sobie spotkanie z naszymi znajomymi (jeśli już udało nam się spotkać, bo cudem o nas nie zapomnieli), którzy opowiadają o najnowszych grach, o wydarzeniach z kwejka, czy pudelka, a my siedzimy z boku nie mając pojęcia o co chodzi, od razu nasuwa się uczucie odrzucenia i pewnego rodzaju smutku. 
Wciąż istnieje wielu starszych ludzi, którzy żyją bez internetu. Mają swoje pasje, potrafią spotykać się we własnych kręgach i nie martwić o siebie nawzajem co minutę, mając pełną świadomość tego, że "w sobotę o 13 Zbyszek z pewnością pojawi się na szachach." Dopiero jego nieobecność na szachach wzbudzi pewien, i tak niewielki, ale jednak, niepokój.
Tak więc, jeśli brak internetu jest problemem, to nie w wyniku braku wiedzy, czy możliwości. Tylko przez zwykłe przygnębiające poczucie wyobcowania. Sądzę, że gdyby chociaż 10% internautów wykonało taki eksperyment w jednym czasie, spotykając się ze sobą i pracując razem w grupach, wynik byłby zupełnie inny...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz