Translate

sobota, 25 maja 2013

Dronochód ?

W ostatnim czasie internet (tak samo, jak i ten blog w postach o dronach ratujących życie, czy tych zrzucających piwo na koncertach) zalewany jest masą informacji na temat robotów latających. Dobrą i użyteczną zabawką są poruszające się w powietrzu maszyny. Ale czy nie pamiętacie, ile frajdy dawały pierwsze zdalnie sterowane samochodziki, którymi bawiliśmy się w dzieciństwie...
Z pewnością zapach sensacji w powietrzu, adrenalinę we krwi, żyłkę rywalizacji i masę radości z takiej zabawy pamięta również brytyjski designer Witold Mielniczek (z pewnością, jest 100% Brytyjczykiem !), który doszedł do wniosku, że za mało dziś powstaje ciekawych offroadowych konstrukcji, którymi moglibyśmy posterować, w miejsce których tworzonych jest masę dronów. W związku z tym zaprojektował on B, czyli połączenie quadrocoptera i zdalnie sterowanej terenówki.

Całość zamknięta w karbonowej obudowie, i posiada cztery pierścienie, będące kołami. Nie mają one jednak centralego napędu, zamiast którego napędzane są mechanizmem umieszczonym na obwodzie pierścieni, zostawiając wolną przestrzeń w ich centrum na 7-calowe śmigła. Wszystkie części są dosyć elastyczne i łatwo dostępne, dzięki czemu w chwili twardego lądowania i jakichkolwiek uszkodzeń łatwo o nowe elementy.


11-voltowa bateria litowo-jonowa zapewnia 15-minutową pracę (na razie trochę mało, jak na bardziej wyszukane i skomplikowane zadania, ale do zabawy wystarczy), a na pokładzie znajduje się również czytnik kart SD oraz kamera o rozdzielczości 720p.


Autor stworzył już działąjący prototyp, ale zapowiada, ze to nie koniec atrakcji ! Na razie trwają prace nad zapewnieniem pełnej odporności na wodę, dzieki czemu do pojazdu i samolotu dołączy jeszcze swoista łódź. Docelowo robot miałby też posiąść możliwość przysysania się do ścian i sterowania zdalnego przez aplikację z telefonu komórkowego. Gdzieś w dalszej przyszłości przewijają się również plany stworzenia większej gabarytowo maszyny, któą dosiąść mógłby człowiek.
Masa pomysłów w głowie Brytyjczyka (?) to oczywiście sposód na promocję pomysłu i określenie potrzebnej w crowdfundingu kwoty na Kickstarterze. Gotowy egzemplarz Dronochoda dostać możemy po dotacji projektu już kwotą £400. Oto B w akcji:


piątek, 17 maja 2013

Co ma wspólnego Lego i ratowanie niepełnosprawnych ?

Jak się okazuje całkiem sporo. O zestawie Lego Mindstorms NXT na tym blogu jeszcze nie pisałem. Nie, żeby nie brakowało ciekawych konstrukcji wykonanych za jego pomocą, to jednak polscy konstruktorzy robotów jakoś nie błyszczeli. Jak się okazuje-do czasu.


Oto kilka dni temu, użytkownik youtube o nicku piotrek839 zaprezentował coś, nad czym na Świecie pracuje się już od dłuższego czasu-tanią (najtańszą!) protezę ludzkiej ręki. Jak sam mówi, jego głównym założeniem było stworzenie protezy bez użycia pneumatyki, posiadającej odpowiednią funkcjonalność oraz proporcje. Gotowe ramię posiada 8 funkcji ręki sterowanych za pomocą pilota oraz jedną (zginanie łokcia) sterowaną ręcznie. Spójrzcie sami na dzieło konstruktora:


Całość rzeczywiście robi wrażenie. Mnie osobiście zaimponowały wykorzystane mechanizmy:

1. Przekładnia mechaniczna, jako odpowiednik siłownika (poważna sprawa !)


2. Elastyczne przełożenia z przekładnią kątową sterujące zginaniem palców, dzięki czemu za zgięcie odpowiada obrót ścięgna, zamiast jego skurczu-sprytne !


Ważnym faktem jest to, ze na ramieniu Piotrek nie poprzestał, stworzył on również całego plastikowego humanoida, nazwanego Terminator. Możecie go zobaczyć i przeczytać specyfikację w tym filmie:


Autorowi gratuluję dużej wiedzy i ogromnej pracowitości ! Czekamy na kolejne projekty !

środa, 15 maja 2013

Drony i termowizja w służbie ratowania życia.

Ostatnio całkiem sporo słyszy się o dronach. rzeczywiście jest to dosyć gorący temat, pojawiający się zarówno przy okazji festiwalu robotów, jakim jest Robocomp, jak i przy okazji koncertów, jako przyjaciele imprezowiczów, zrzucający im piwo. Z pewnością robot, który może być zdalnie sterowany, przekazywać obraz, czy dane z wszelkiego rodzaju innych czujników posiada ogromne możliwości, co leży u podstaw tak wielu jego zastosowań. I na szczęście udaje się znaleźć również takie 100% pozytywne (nie, żeby zrzucanie piwa takim nie było !), jak np. ratowanie ludzi.
Znanym faktem jest, że Kanada obficie zaludnionym państwem nie jest. Niezamieszkałe połacie pola stają się sporym problemem podczas wykonywania najprostszych nawet akcji ratowniczych. Podobnie było 9. maja, kiedy to wydarzył się wypadek samochodowy na terenach niezamieszkałych, w dodatku w miejscach występowania temperatur bliskich zeru (okolice Saskatoon)
0 12:20 służby ratownicze otrzymały informację o zaistniałym wypadku. Pomimo zaangażowania licznych zespołów, wliczając straż pożarną, nie znaleziono nikogo w promieniu 200 m. od uszkodzonego pojazdu. Kiedy to nie pomogło, na pomoc wezwano helikopter pogotowia ratowniczego, wyposażony w sprzęt działający w podczerwieni, do wizji nocnej, jednak i to nie dało żadnych rezultatów Ostatecznie zdecydowano się zatrudnić tego malca:


o nazwie Dragonflyer X4-ES, wyprodukowanego przez firmę Dragonfly Innovations (z resztą mieszczącą się we wspomnianym Saskatoon-oto, jak robi się biznes lokalny ! ;)), wyposażonego w kamerę podczerwoną firmy FLIR.
O 2:10 poszkodowany wykonał telefon na numer 911, zgłaszając, iż nie wie, gdzie się znajduje i jest bardzo wyziębiony. W tym momencie, z pomocą sieci telefonicznych i systemu GPS ustalono, że znajduje się on ok. 3,2 km od miejsca wypadku. Służby przeniosły się w ten obszar, dron został uruchomiony i z wykorzystaniem kamery odnalazł trzy gorące punkty na ekranie, z czego jednym z nich była ofiara wypadku-200m od miejsca telefonowania, bez obuwia i żadnych ubrań chroniących przed wychłodzeniem, mężczyzna sturlał się wgłąb lasu z ośnieżonej góry.
W tym momencie służby szybko dotarły do poszkodowanego, transportując go do szpitala. Gdyby nie dron, prawdopodobnie mężczyznę udałoby się odnaleźć dopiero za światła dziennego, do którego to momentu, z powodu strasznego zimna, mógłby nie doczekać. Szacuje się, że jest to pierwszy przypadek, w którym dron był wykorzystany w tego typu akcji ratowniczej. Spisał się jednak znakomicie, co najprawdopodobniej zapewni mu stałe miejsce w tego typu trudnych zadaniach (głównie misje w nocy, gęstym lesie oraz na rozległych terenach). Film z akcji można obejrzeć tu:

niedziela, 12 maja 2013

Robocomp 2013

Z pewnością wszyscy tam byliście i sami to widzieliście (no, może nie dziś, ale za rok bądźcie, ok ?!), więc wiecie, jak fajnym wydarzeniem są odbywające się rokrocznie na AGH zawody robotów Robocomp. W tym roku (11.02.2013, a więc w samym środku Juwenaliów) mieliśmy już czwartą edycję tego wydarzenia (no proszę Was, przecież nie opuścicie jubileuszu w 5. urodziny, prawda?). Zainteresowanie imprezą z roku na rok rośnie, na co wskazuje rekordowa ilość zgłoszonych konstrukcji-128.


Festiwal bardzo przypominał poprzednie. Od godziny 10-14 odbywały się eliminacje do konkurencji finałowych oraz rozegrano te, które (niestety) miały najmniejszą ilość uczestników, co niestety się zdarza (najczęściej w przypadku kategorii micro sumo i nano sumo-nie tak łatwo zbudować roboty w rozmiarach odpowiednio 5x5 cm i 2,5x2,5 cm, które w dodatku będą rywalizować w sumo). Ponadto w tych godzinach firmy sponsorujące miały możliwość pokazania swoich konstrukcji, co przyciągnęło wielu ciekawskich. 
O godzinie 15 rozpoczęły się finały, odpowiednio: line follower (śledzenie linii), mini sumo, sumo oraz line follower enhanced (bieg z przeszkodami ;)). Niestety w konkurencjach finałowych nie oglądaliśmy: micromause (czyli robot mysz w labiryncie-jeden uczestnik), lego sumo, line follower light (bez turbin) oraz wyścigu robotów kroczących, które były tylko konkurencjami pokazowymi. Nowością była możliwość obserwowania wyników na żywo na stronie: http://live.robocomp.info/. Być może za rok doczekamy się i transmisji tv? ;)
Line follower to konkurencja, w której zadaniem robotów jest jak najszybsze przejechanie trasy wyznaczonej przez naklejoną na białym tle czarną linię. Czasy są przeważnie bardzo krótkie, a roboty zadziwiająco szybkie, co jest wynikiem tego, że na dzień dzisiejszy każdy z uczestników montuje w swoim robocie turbinę wytwarzająca podciśnienie, dzięki czemu ten znacznie lepiej trzyma się trasy. W finale obserwowaliśmy cztery roboty, które eliminacje zakończył z czasem poniżej 5 s. Najszybszy z nich (finałowa trasa to dwa przejazdy okrążenia dłuższego niż eliminacyjne) okazał się Thunderstorm z AGH, z czasem 11.027 s.
Następnie mieliśmy okazję oglądać walki robotów z kategorii mini sumo. Robot takinie ma ograniczenia wielkości w pionie, natomiast musi zmieścić się w otworze wielkości 10x10 cm przed startem. Po rozpoczęciu walki te zasady już nie obowiązują, co było bardzo często wykorzystywane przez uczestników (różnego rodzaju opadające skrzydła, ukośne blaszki itp.) Tutaj było najwięcej finalistów, więc obserwowaliśmy walki aż od ćwierćfinałów. Ostatecznie bezkonkurencyjny okazał się robot o nazwie Enova, stworzony przez zespół sponsorowany przez firmę Enova (ciekaweee...). Co zadziwiające nie wykorzystywał on żadnych dodatkowych elementów mechanicznych.

Walka w kategorii mini sumo-widoczne dodatkowe elementy ustawione w pionie

Sumo, to już roboty większe, o wymiarach 20x20xnieskończoność cm o masie max. 3 kg. Tutaj było trochę nudniej. Spośród czworga finalistów ŻalDS i n00b zawierały sterowanie oparte na zestawach klocków lego NXT, przez co były bardzo powolne, czego wynikiem w ich bezpośrednim pojedynku był wręcz remis w wyniku upływu 3 minutowego czasu pojedynku (a przecież to fajne duże roboty, do boju !). Ciekawej było już w finale, który na swoją korzyść rozstrzygnął CEDRON.

Osławiona najnudniejsza walka. Było dużo czasu na robienie zdjęć ;)

Na koniec organizatorzy zostawili tę najciekawszą konkurencję-line follower enhanced (przykładowy film z zawodów możecie obejrzeć na vimeo). Na trasie robotów (poza samym przejechaniem linii oczywiście) pojawiły się jeszcze: cegła, dwa przerwania trasy oraz tunel, który miał utrudnić odróżnienie linii od tła. O ile z tunelem wszystkie roboty poradziły sobie znakomicie (każdy posiada oświetlenie trasy, więc ciebie nie są przeszkodą), to zarówno cegła, jak i przerwanie trasy okazały się kłopotliwe i nie wszystkie konstrukcje były w stanie sobie z nimi poradzić. Ostatecznie najszybszy w tej konkurencji okazał się Thunderbolt, czyli kolejna konstrukcja rodem z AGH (pierwowzór najszybszego w Line Follower Thunderstorm'a).

Line Follower Enhanced. Na trasie najwolniejszy z robotów, które ukończyły bieg: Shock

Nie można zapomnieć również o rozegranej Motorola Solutions Freestyle, w której w tym roku niestety wystąpiły tylko trzy konstrukcje: robot czworonożny, latający sześciośmigłowiec z kamerą i zbudowany ze szkła standardowy manipulator sterowany kontrolerem z PlayStation. 
Podsumowując: zawody robotyki są coraz szerzej obserwowanym zjawiskiem w Polsce i na Świecie, co widać po imprezach typu Robocomp (w tym roku startował nawet team z Litwy). Z pewnością wpływa to na popularyzację robotyki w szerszym środowisku, chociaż organizacja wciąż nie stoi na najwyższym poziomie. Wydaje się, że brak jest również bardziej wyszukanych konkurencji, jak angielskie robot wars, w których konstrukcje wyposażone są w różnego rodzaju piły, miotacze ognia, topory itp. (tu zapraszam do dyskusji, bo być może uważacie inaczej?), czy większej konkurencji, np. w ciekawej konkurencji MicroMouse. Na pierwszy rzut oka widać jednak, ze roboty umieją coraz więcej i rośnie ich poziom autonomii, a konstruktorzy są coraz młodsi (kilka zespołów z liceów). Zobaczymy, co stanie się za rok, na jubileuszowej już V. edycji festiwalu.  

piątek, 10 maja 2013

Z dziennika PhoneSat'a-mamy zdjęcia !

Większość osób, telefonami robi zdjęcia jedzenia, które przygotowali, makijażu, ciuchów, przygotowania się na siłownię, czy bieg lub ewentualnie, w porywach szaleństwa-zdjęcia z wakacji i innych wycieczek. Następnie, w procesie bycia fotografem, nieunikniony jest proces wrzucenia ich na Instagrama, albo Facebooka. Trochę inne zdjęcia robią dzisiejsi bohaterowie-Alexander, Graham i Bell. Otóż sfotografowali oni Ziemię.
Pamiętacie artykuł o najtańszych działających satelitach stworzonych na bazie telefonu komórkowego, który pojawił się na blogu paręnaście dni temu ?


Otóż satelity mają się całkiem dobrze i spełniają swoją misję na orbicie. Co więcej, działa nawet system kamery, czego dowodem są pierwsze zdjęcia. W celu zaznajomienia się ze szczegółami misji odsyłam do poprzedniego artykułu, w którym opisałem wydarzenie. Kluczem do sukcesu misji (która jest wyjątkowo krótka) jest współpraca NASA z amatorami, którzy są w stanie odbierać dane z satelity przez odbiorniki radiowe. W przeciągu trzech pierwszych dni obecności satelit na orbicie, NASA otrzymała ok. 200 paczek danych z całego Świata, dzięki czemu udało się odtworzyć rzeczywiste obrazy wykonane przez telefony.


Misja zakończyła się 27 kwietnia, kiedy cała trójka orbitalnych przyjaciół spłonęła na orbicie. Celem misji było jednak pokazanie, jak bardzo miniaturyzacja i specjalizacja telefonów może być przydatna i wykorzystana w innych sektorach, dzięki ich czujnikom i miniaturowym komputerom opartym na coraz bardziej wyspecjalizowanych systemach operacyjnych. Jednym zdaniem-dzisiejsze telefony są kosmiczne ;)

środa, 8 maja 2013

Rok bez internetu.

Dziś cały mój dzień (poza wieczorem rzecz jasna) minął pod znakiem braku internetu. Zastanawiając się więc nad tematem na wieczorny post, przypomniałem sobie o niedawnym wydarzeniu, które mocno poruszyło internet. Oto 1 maja 2013 po roku przerwy bloger "The Verge" powrócił. Nie tylko na bloga-powrócił do internetu.
"I was wrong.", to zdanie otwierające obszerny post, w którym bloger opisuje swoją przygodę. Jak wielu z nas, ludzi, codziennie spędzających po kilkanaście godzin w sieci, siedząc przed monitorem, tak i Paul Miller miał już dosyć. Dosyć internetu, dosyć siedzenia przed komputerem, odpisywania setek maili, wertowania kolejnych stron, tracenia czasu na rzeczy zupełnie niepotrzebne, czuł się wypalony i chciał uciec od tego jak najdalej. Jego stan nie wyglądał najlepiej, o czym sam napisał:
Planowałem rzucić pracę, wprowadzić się do domu moich rodziców, czytać książki, pisać książki i cieszyć się wolnym czasem. (…) Z jakiegoś powodu The Verge chciało mi zapłacić za opuszczenie Internetu. Mogłem zostać w Nowym Jorku i dzielić się moimi odkryciami ze światem.
Początkowo plan rzeczywiście się spełniał. Jego życie było idealne, zaczął uprawiać sport, jeździć na rowerze, grać we frisbee, spotykać się ze znajomymi, czytać. W tym czasie napisał również pół powieści. Jednocześnie jego praca dla magazynu The Verge stała się dużo bardziej produktywna, a jego artykuły o wiele ciekawsze.
Bez większego trudu nowy tryb życia pozwolił Paulowi na zrzucenie wagi, zmianę garderoby, dzięki czemu znajomi komplementowali jego przemianę. Znajomych też miał i fizycznie się z nimi spotykał, zamiast tylko czatować na portalach społecznościowych. Okazało się również, że DA SIĘ żyć bez serwisów takich, jak Wikipedia, czy Google.

Jak na blogera przystało Paul musiał dostawać listy i na nie odpisywać. Z racji na to, że przestał korzystać z internetu, listy przychodziły pocztą tradycyjną. Odpisywanie na każdy z nich stało się praca o wiele cięższą i bardziej monotonną, niż czynienie tego samego drogą elektroniczną. Odpowiedzenie na 12 z nich w ciągu tygodnia było nie lada wyzwaniem, a brak odpowiedzi nastręczał wyrzutów sumienia z powodu zignorowania drugiej osoby. Z czasem okazało się też, że brak internetu nie ułatwił umawiania się ze znajomymi, a wyjęcie i zmotywowanie się do przeczytania ciekawej lektury również nastręczają problemów. Paul pisze:
Przed końcem 2012 roku nauczyłem się, jak prowadzić styl życia złożony ze złych wyborów poza Internetem. Porzuciłem pozytywne nawyki. (…) Po roku nie jeżdżę już tyle na rowerze. Moje frisbee się kurzy. Przez większość tygodni nie wychodzę spotkać się z ludźmi ani razu. Moim ulubionym miejscem jest kanapa. Kładę nogi na stoliku i gram w gry oraz słucham audiobooka. Wybieram gry niewymagające myślenia, jak Borderlands 2 czy Skate 3.
Jednak prokrastynacja nie jest tak łatwa do oszukania..
Największym jednak problemem było to, że tylko jeden Paul był poza internetem. A cała reszta społeczności w nim pozostała. Zadzwonienie do drugiej osoby okazywało się o wiele trudniejsze niż wysłanie maila, z drugiej jednak strony, kiedy Paul nie odbierał telefonu, lub nie odpisywał wiadomości tekstowej, ludzie odczuwali, jakby coś mu się stało, nie mając pojęcia co się z nim dzieje. Przecież gdyby był na facebooku, byłoby to tak łatwo sprawdzić...
Na samym początku posta autor napisał:
Myliłem się. Rok temu opuściłem Internet. Myślałem, że czyni mnie bezproduktywnym. Myślałem, że nie ma znaczenia. Myślałem, że “niszczy moją duszę”. (…) A teraz powinienem być w stanie wam powiedzieć, jak to rozwiązało wszystkie moje problemy. Powinienem być oświecony. Powinienem być bardziej “prawdziwy”. Bardziej idealny.
Eksperyment blogera The Verge daje wiele do myślenia. Pokazuje on również, na czym oparty został sukces serwisów społecznościowych-na potrzebach utrzymywania więzi międzyludzkich. Osobiście wydaje mi się, że największym problemem i przyczyną innych niepowodzeń było oderwanie się "od stada". Pewnego rodzaju wyobcowanie i odcięcie od reszty środowiska. Bo przecież gdy sami wyobrazimy sobie spotkanie z naszymi znajomymi (jeśli już udało nam się spotkać, bo cudem o nas nie zapomnieli), którzy opowiadają o najnowszych grach, o wydarzeniach z kwejka, czy pudelka, a my siedzimy z boku nie mając pojęcia o co chodzi, od razu nasuwa się uczucie odrzucenia i pewnego rodzaju smutku. 
Wciąż istnieje wielu starszych ludzi, którzy żyją bez internetu. Mają swoje pasje, potrafią spotykać się we własnych kręgach i nie martwić o siebie nawzajem co minutę, mając pełną świadomość tego, że "w sobotę o 13 Zbyszek z pewnością pojawi się na szachach." Dopiero jego nieobecność na szachach wzbudzi pewien, i tak niewielki, ale jednak, niepokój.
Tak więc, jeśli brak internetu jest problemem, to nie w wyniku braku wiedzy, czy możliwości. Tylko przez zwykłe przygnębiające poczucie wyobcowania. Sądzę, że gdyby chociaż 10% internautów wykonało taki eksperyment w jednym czasie, spotykając się ze sobą i pracując razem w grupach, wynik byłby zupełnie inny...



wtorek, 7 maja 2013

Skoro juwenalia, to może drony zrzucające piwo ?!

Brzmi to bynajmniej fantastycznie, ale na razie nie myślmy o rzeczywistości. Po prostu zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, jak bawicie się na koncercie swojego ulubionego zespołu, oddając się muzyce, tańcom i znajomym, podczas Krakowskich Juwenaliów, a w tym czasie nad Waszymi głowami latają drony, które zrzucają bawiącym się piwo.. Historia niczym z filmu zaczynającego się od słów "Rok 2120", prawda?
Są jednak festiwale, które zmieniają fantazję w rzeczywistość i takim właśnie jest odbywający się w RPA Oppikoppi (tym razem nie są to Krakowskie Juwenalia, a przynajmniej nie w tym aspekcie, bo pewnie słyszeliście już o "ubraniach" posągów stojących pod AGH), z myślą o którym firma Darkwing Aerials tę fantazję zamienia w rzeczywistość. 


To cacko tworzone jest na podstawie standardowych dronów, poddanych niewielkim modyfikacjom. Latający "kelner" będzie posiadał możliwość chłodzenia piwa, a po jego zamówieniu poprzez aplikację stworzoną na iOS, za pomocą systemu GPS będzie podlatywał do klienta i upuszczał towar. Oczywiście 0,5 kg upuszczone z nawet niewielkiej wysokości mogłoby uczynić spore krzywdy, więc piwko będzie łagodnie opadało na otwartym spadochronie...
Całość będzie można zobaczyć w dniach 8-10 sierpnia w Dystrykcie 9 (taaak, dokładnie tam, gdzie obcych !) w RPA. Wydaje się, ze jest to o wiele fajniejsza nawet niż świecące piwa ! Zapraszam do obejrzenia projektu na filmie:


piątek, 3 maja 2013

iBeetle

Nie tak dawno pisałem o nowej idei, jaką jest internet of things. W ten trend całkiem nieźle wpisuje się najnowsze dzieło Volkswagena w połączeniu z Apple (samo zestawienie tych dwóch potężnych marek brzmi już dosyć interesująco..)



Połączenie dwóch tak kultowych, można by wręcz rzec, że epokowych, urządzeń, jakimi są Volkswagen Beetle i iPhone musi zaowocować sporym sukcesem dla obu marek. Oba urządzenia złączone w jedno nazwane zostały (ku ogromnemu zaskoczeniu !!!) iBeetle. Interakcja pomiędzy telefonem i pojazdem odbywa się poprzez aplikację Beetle dla iPhone'a.
Daje ona sporo funkcji, łącząc możliwości auta oraz telefonu, wliczając nawigację, radio internetowe, oraz listy muzyczne odtwarzane przez głośniki samochodu, a także opcje: "Export"- pozwalającą na monitorowanie stanu samochodu oraz jego liczników i zapisywanie tych danych w telefonie; "Trainer"-pozwalającą na zapis danych na temat zużycia paliwa, ekonomii jazdy, informacji na temat korków i porównywanie ich z innymi użytkownikami; "Milestones"- nagradzającą kierowcę za wykonywanie różnych zadań (ciekawe, czy daje cukierka ?).



Nie można jednak zapomnieć, że telefon Apple'a to przede wszystkim urządzenie do utrzymywania międzyludzkich relacji (oraz obsługi tzw. social media). W związku z tym istnieją dodatkowe opcje, takie, jak: "Reader", który obsługuje wiadomości, "czytając" kierowcy odebrane dane; "Postcard", która daje możliwość wysłania pocztówki z aktualnym położeniem iBeetle; "Photo", które za pomocą kamery telefonu wykonuje zdjęcie wnętrza pojazdu i udostępnia je na portalach społecznościowych.
iBeetle ma być dostępny w sprzedaży początkiem 2014 roku.

czwartek, 2 maja 2013

Kinect razy kilka

Pewnie każdy użytkownik konsoli Xbox zna już urządzenie o nazwie Kinect. "Zna", bo raczej jesteście (kto tylko posiada to cudo) jego pasjonatami ! I nie ma się co dziwić, bo jest to sprzęt, który daje sporo frajdy.

Kto nie wie ? Ok. No więc dla niewtajemniczonych, Kinect, jest to dodatkowa nakładka do konsoli Xbox, która pozwala na obsługę gestów i przemieszczenia ciała użytkownika. Fajnie ? Jasne, że tak ! Całość zawiera w sobie rzutnik lasera podczerwonego oraz kamerę i detektor podczerwieni. Rzutnik narzuca na pomieszczenie siatkę punktów, których położenie jest później analizowane i na podstawie zmian położenie punktów, powstaje obraz przestrzenny, z którego obliczone zostaje ruchy ludzkie.

Dobra, mamy to, czas więc przejść do meritum ! Otóż Kinect posiada tak bardzo rozbudowane właściwości, że już dawno opuścił kanon użytkowników, jakimi są gracze. Powstały różnego rodzaju skanery 3D, systemu oparte i wirtualną rzeczywistość itp. Tym z kolei razem naukowcy postanowili wbić się w trend inteligentnych domów, które stają się coraz to bardziej popularne. Uznali, że pokój może być już inteligentny sam w sobie, o ile zamocuje się na jego suficie skaner wraz z rzutnikiem, który w odpowiedzi na zachowania ludzie w przestrzeni mieszkania będzie wyświetlał odpowiednio zaprogramowane symbole i obrazy na powierzchni ścian, podłogi oraz innych znajdujących się w mieszkaniu sprzętów. I oto jesteśmy w stanie obsłużyć drzwi, napisać równanie matematyczne na ścianie, otrzymać regulację głośności muzyki na kanapie, na której właśnie siedzimy i delektujemy się dźwiękami, uzyskać nasz kalendarz na przestrzeni stolika itd. 


Czujniki głębokości stają się coraz mniejsze, tak, jak i projektory, wyświetlające siatki do owego pomiaru. To z kolei niesie za sobą bardzo szerokie możliwości zastosowania takich systemów w przyszłości. Co ciekawe, system jest gotowy do działania od razu po włączeniu, bez potrzeby wykonywania uprzedniej kalibracji, a interfejsy użytkownika są bardzo elastyczne i łatwo je do siebie dostosować. Docelowo system ma również dawać możliwość edycji gestów, którymi system jest obsługiwany.
WorldKit, bo tak nazywa się ów system, to ponoć dopiero zalążek daleko idących planów naukowców. Warto więc zacierać ręce i cierpliwie czekać...